-Iker! -krzyknęłam zła na brata. -Daj mi spakować te cholerne walizki! To, że ty spakowałeś się już wczoraj to nie znaczy, że ja też! -powodem mojego zdenerwowania było to, że Iker od pół godziny skutecznie, próbuje mi uniemożliwić spakowanie walizek. Jutro o 15:00 mamy wyjazd do Barcelony, ponieważ mój brat dostał posadę bramkarza w klubie FC Barcelona. Brawo Ikuś! -Wypieprzaj mi stąd, ale już!
-Ineeeeeeeeez nooooooooo. Złość piękności szkodzi. -uśmiechnął się szeroko. Czasem żałuję, że nie ma dziewczyny.
-Czekaj. Muszę do kogoś zadzwonić. Wyjdź stąd. -uśmiechnęłam się do niego, bo wpadłam na nie najgorszy pomysł. Iker wyszedł posłusznie z pokoju. To jest Iker tego nie ogarniesz. Możesz na niego przeklinać, drzeć się, wyzywać. Nie posłucha się, będzie siedział, nic nie będzie do niego docierało. Poprosisz ładnie, grzecznie- posłucha. Wstałam z łóżka i sięgnęłam po telefon. Na klawiaturze wystukałam numer do Marcelo.
~Halo? Marcelo? -skierowałam słowa w stronę osoby po drugiej stronie słuchawki.
~No to ja. Jakiś problem Inez?
~Nie licząc Ikera, to nie. -zachichotałam.
~Co nie daje się normalnie spakować? Zatruwa ci życie jakąś gadką o tym jakiego to on gola obronił ostatnio? Skąd ja to znam? -zaśmiał się głośno.
~Zabierz go na jakieś piwo czy coś, bo ja się nie spakuje do jutra! Z takim gwęganiem nad uchem na pewno nie. Tylko żeby kaca nie miał, bo ci nogi z dupy pourywam!
~Nie! Tylko nie moje zgrabne i powabne nóżki! Nie upiję go, obiecuję! -zachichotał.
~Bądź za 10 minut, może je jeszcze jakoś wytrzymam.
~Już jadę. -powiedział i się rozłączył. Spojrzałam na moją piżamkę. Nie była zła, ale znając brazylijczyka to będzie się śmiał. Wskoczyłam w ciuszki. I zbiegłam na dół.
-Ikuś, zaraz przyjedzie po ciebie Marcelo i zabierze cię gdzieś. -poinformowałam brata.
-Marceluś? Dobra! To ja się idę zbierać. Patrz jak ja wyglądam! -wskazał na dresy w których paradował i brak jakiejkolwiek koszulki. I jak na Ikera przystało zaczął dziwnie wymachiwał rękami.
Gdy starszy Casillas wyszedł z łazienki, do drzwi zapukał Marcelo. Przywitałam się z nim buziakiem w policzek i wypchnełam obydwu za drzwi, bo Marcelo chciał dopaść do naszej lodówki. Gdy chłopcy wyszli, ja ruszyłam dokończać pakowanie walizek.
"Niech się ludzie śmieją, nie ważne..."
poniedziałek, 27 stycznia 2014
1.
Subskrybuj:
Posty (Atom)